jestem
Konkursy

Jestem zwycięzcą. Wasze historie + rozwiązanie konkursu

Dramaty. Problemy. Łzy. Zagryzanie zębów. Przezwyciężyliście to!

Drodzy,

przysłaliście na konkurs 7 wspaniałych historii. Serdecznie Wam dziękuję. Podczas czytania momentami naprawdę szklą się oczy. Gdybym mogła, obdarowałabym wszystkich. Bardzo podobają mi się Wasze opowieści – widać ile pracy włożyliście w pracę nad sobą i nawiązanie głębokiej relacji z psem.

Niestety książkę „Wataha w Podróży” mam tylko jedną, więc musiałam zdecydować zgodnie ze swoim sumieniem. Na zwyciężczynię wybieram Wiktorię i Moro. Wiktoria, Twoja historia mnie szalenie poruszyła.

Wiktoria & Moro – nagroda!

fot. splitshire.com

fot. splitshire.com

Co zwyciężyliśmy? Jak?
Na pewno naszą relację. To znaczy Ja + Moro, obecnie sześcioletni ogar polski.

Pies kupiony mi przez rodziców, obiecywany od dawien dawna, a następnie zabrany mi przez ojca jako niespełna półroczne szczenię. Tam szczuty innymi psami, bity, „szkolony” najbrutalniejszą wersją metody dominacji. Zastraszany, zmuszany do wszystkiego. Nieszczęśliwy.

Kiedy skończył 11 miesięcy (pamiętam jak dziś, szukałam mu prezentu na urodziny) mój ojciec stwierdził, że „ten pies to pi*da nie myśliwy”.

I tak, mając prawie 10 lat, dostałam z powrotem mojego przyjaciela. Przez te 5 miesięcy, kiedy go praktycznie nie widywałam (a jeśli już, spał wycieńczony) Moro bał się ludzi i innych psów. Na wszystko reagował biernie. Ze szczeniaczka nakręcającego się nawet na łyżeczkę, stał się psem, który nie wie, jak się bawić. Bo nie wolno brać nic do pyska. Bo inaczej będą bić. Nie chciał jeść ani pić. Robił sobie nawet tygodniowe głodówki. Mnie nie szanował, albo (kiedy trzymał dystans) – ignorował mnie, albo wysyłał mnóstwo CS’ów. W zasadzie był jednym wielkim CS’em, a żeby się „dowartościować”, gnębił mniejsze pieski, kiedy miał okazję. No i uciekał, nigdy na długo, ale bardzo często, ryzykując życiem, ze względu na wszechobecnych kłusowników.

Zmiany następowały bardzo powoli. Ja nie wiedziałam praktycznie nic o wychowaniu psów, po prostu traktowałam Mora tak, jak sama chciałabym być traktowana. Wychodziłam z założenia, że trzeba dać temu psu dużo czasu i miłości. Z czasem moje podejście zmieniało się, ewoluowało. Jako fajną formę wspólnego spędzania czasu uznałam wystawy, w których często uczestniczyliśmy. Pracowaliśmy nad wszystkimi szczegółami, postawą, ładnym ruchem. W końcu mój kwiatek zaczął kwitnąć. Kliker pomógł Morowi nauczyć się samodzielnego myślenia i kombinowania. Wspólne wyjazdy przywiązały nas do siebie jeszcze bardziej. Dziś, po wszystkich naszych niepowodzeniach i sukcesach, mogę stwierdzić, że mój pies jest wreszcie szczęśliwy. Dwa lata temu skończyliśmy z wystawami, a zaczęliśmy trenować agility, które nam obojgu sprawia mnóstwo radości.

Moro nie ucieka, nie biega za zwierzyną, patrzy mi w oczy, potrafi się wyluzować, je normalnie. Z tamtego strasznego czasu został mu tylko lęk separacyjny, który powoli zwalczamy za pomocą klatki kennelowej. Dziś Moro jest jednym z nielicznych przedstawicieli swojej rasy, którzy mogą zostać spuszczeni ze smyczy praktycznie wszędzie. Mogę zabrać go ze sobą do restauracji, do autobusu, do parku, do lasu czy nad jezioro. Żadna z tych sytuacji go nie przerośnie. Moro nigdy nie był niezależnym psem (jak kiedyś myślałam). On bał się zaufać. Bał się sparzyć. Teraz mój Rudzielec codziennie zaskakuje mnie nowymi pomysłami. Jest odważny i SZCZĘŚLIWY.

Dziś, kiedy widzę chochliki w jego pięknych, bursztynowych oczach i wesoło merdający ogon wiem, że było warto. Warto było razem walczyć. I zwyciężyć.

Kasia & Cookie – piescookie.blogspot.com

DSC_0713m

O naszych sukcesach mówię wiele, ale nie dlatego żeby się chełpić tym, jak wiele osiągnęłam. Mam nadzieję zwrócić uwagę na to, że każdemu psu warto dać szansę i że nawet trudne przypadki można wyprowadzić na prostą. Na nasze osiągnięcia pracowało (i wciąż pracuje!) kilkadziesiąt osób i kilkaset psów, a ich liczba wciąż się powiększa. Ten sukces, to godziny konsultacji behawiorystycznych, setki wymienionych maili, kilkadziesiąt spotkań z pozorantami i każdy jeden, często całkiem niewinny spacer.

Przygarnęłam Cookiego, wiejskiego burka w okresie dojrzewania, nie wiedząc wtedy o psach prawie nic. Nikt go nie chciał, a niech to! Wezmę psa do siebie, to łatwe! Przywiozłam go do miasta, kupiłam wyprawkę, cieszyłam się jak głupia, ale… wcale nie było nam słodko i uroczo. Cookie pieklił się na widok każdego człowieka, który mijał nas na ulicy, wpadał w amok frustracji gdy tylko zobaczył jakiegoś psa, histeryzował na widok wszystkiego, czego nie znał. Dość szybko udało mi się przekierować jego uwagę na parówki i tym samym względnie spokojnie mijać ludzi na ulicy.  „No, teraz to już z górki! Dosłownie w  następną środę już będzie po problemie”- pomyślałam.

I wtedy przeprowadziłam się do Stolicy, przewróciłam swoje życie do góry nogami i pociągnęłam za sobą psa. Strzał w oba kolana, gratuluję sobie tego pomysłu do dziś.

Poszło szybko: atakowanie gości, niektórych współlokatorów i sąsiadów. Wobec psów horror. Wyrobiłam sobie refleks i sokole oko, bo Cookie wpadał w szał gdy tylko zobaczył czworonoga hen na horyzoncie, a w autobusie lub samochodzie trzeba mu było zakrywać oczy, by przypadkiem nie dostrzegł jakiegoś futrzaka przez szybę.

Zdarzało mu się obszczekiwać własne odbicie w przeszklonych drzwiach, co dotyczyło również drzwiczek piekarnika (WHAAAT?!). Cała byłam kłębkiem złości i rozpaczy, ale jednocześnie wiedziałam, że musimy to przepracować. Postanowiłam wrócić do początków i na bazie smakołyków pracować nad zmniejszeniem dystansu do innych psów i skupianiem na sobie uwagi psa, dokładnie tak jak robiłam to ucząc go mijania ludzi. Krok po kroku, metr po metrze.

Zapisaliśmy się na szkolenie grupowe, by popracować nad naszą relacją i posłuszeństwem w obecności innych czworonogów. Dzięki doświadczeniu i ogromnemu wsparciu specjalistów machina ruszyła do przodu. Rozbudziła się we mnie chęć pogłębiania swojej wiedzy, poprawiania własnej postawy, analizowania problemów i szukania ich rozwiązań, a przede wszystkim nawiązania głębokiej relacji z psem. Gdzieś po drodze zgubiłam poczucie, że mam z Cookim ogromny problem, który muszę rozwiązać do października, albo do zimy, albo przynajmniej do wakacji. Przestałam traktować sprawę tak cholernie osobiście, a skupiłam się na tym, by po prostu pomagać mu osiągnąć proste cele. Podeszłam do tego, jak do ciekawego wyzwania. Tym razem pomyślałam: „Są pewne nieprawidłowe zachowania.  Co w oparciu o dostępną wiedzę i doświadczenie możesz zrobić, jakie ćwiczenia jesteś w stanie zrealizować, żeby mu pomóc? Jakie wyzwania są dla niego możliwe do osiągnięcia, jakie są następne kroki? O co należy spytać, co szlifować, co poprawić? Ok, popełniłaś błąd, jak następnym razem powinnaś się zachować?”. Wyszłam ze swojej strefy komfortu i poprosiłam o pomoc obcych ludzi, mimo że jestem uosobieniem zamkniętego w sobie no-life’a i naprawdę nie było mi łatwo. Rozpisałam ćwiczenia, zorganizowałam przez internet psich kumpli, którzy pomagali nam ćwiczyć samokontrolę i prawidłowe zachowania wobec psów, które później utrwalaliśmy na codziennych spacerach. Inne z aranżowanych spotkań uczyły Cookiego interakcji z obcymi ludźmi: podchodzenia do nas, rozmowy, dotykania psa. Równolegle ćwiczymy posłuszeństwo, rozładowujemy emocje poprzez zabawy węchowe, bawimy się w różne psie sporty. Jesteśmy otwarci na nowe wyzwania. Cookie pięknie się zsocjalizował i zaczął używać sygnałów uspokajających. Jest wesołym, towarzyskim, energicznym psiakiem. Kocha psy i coraz bardziej otwiera się na ludzi, rozdaje buziaki na prawo i lewo, zaraża swoją pozytywną energią. Jest oddanym przyjacielem, kochanym przytulaskiem.

Postępy, które poczynił są ogromne. Możecie być z nas dumni :)

Joanna & Mirror & Nico

mirror

Mirror

Moja historia jest troszeńkę podwójna -ponieważ miejsce i etap, w którym jestem zawdzięczam swojemu poprzedniemu psu, i każdemu innemu psu spotkanemu w moim życiu.

W październiku 2010 roku przywiozłam do swojego domu młodego belga – Mirrora. Plany i nadzieje miałam wielkie, ale jak to zwykle bywa w takich przypadkach… plany zostają nadziejami, a nadzieje rozpływają się w eterze.

Mirror od samego początku był psem specyficznym, miał swoje momenty “zawieszania się”, był mocno niestabilny, a do tego wszystkiego dochodził power i charakter młodego owczarka belgijskiego. W tym momencie uważam ,że wtedy wzięłam na siebie za dużo. Gdybym jednak wtedy nie wzięła na siebie tego obowiązku, to przecież nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz :) .

Z Mirrorem próbowałam wielu rzeczy, robiłam wiele błędów , których później praktycznie nie dało się odkręcić. Mirror bał się parasoli, schodów, kładek-przejść-dla-pieszych, dużych skupisk ludzi i wielu wielu innych rzeczy. W praktyce nie było momentu kiedy nie dyszałby i nie śliniłby się ze stresu. Był to jeden z powodów , dla których nie lubili go moi znajomi… :)

Mirror do końca swoich dni załatwiał się w domu – był przestój miedzy ukończeniem 12 miesiąca życia i rozpoczęciem 4 roku życia. Zanim skończył 4 lata ujawniła się u niego padaczka, co powiem szczerze jest jedną z trudniejszych do zniesienia chorób. Niby wystarczy podawać leki, ale to jest zawsze to życie w stresie, życie z niejako upośledzonym psem. I tak zaakceptowałam fakt jego choroby, jego dziwne nawyki i zachowania.

Życie z nim to było wieczne pranie posłania, wycieranie rozlanej z miski wody i zbieranie pogryzionych rzeczy, uciekanie na spacerach przed innymi psami (bo źle na niego reagowały i gryzły go), unikanie rzeczy, które mogłyby wywołać atak.

Oczywisty brak wyjazdów bez psa – bo komu zostawię chorego, “walniętego” psa pod opieką? Mirror zaczął bardziej chorować – wyszło na jaw więcej powikłań i tak w maju 2015 odszedł za tęczowy most. W czerwcu, kiedy Mirror skończyłby 5 lat- przywiozłam do domu nowego psa. Tervueren Nico, Pan z Czech :)

nico

Nico

Przywiozłam naprawdę wspaniałego stabilnego psa. A jakie jest teraz moje wyzwanie, cel i po części trochę obawa? Baaardzo nie chcę go zepsuć. Chcę, aby był dobrym i normalnym psem. Aktualnie więcej pracuję nad sobą niż nad nim – bo uważam to za klucz do sukcesu. Mirror nauczył mnie wiele, ale dopiero Nico pokazał ile jeszcze rzeczy jest do nauczenia się! Na codzień nie zdaję sobie sprawy z tego co umiem, uświadamiają mi to z reguły osoby trzecie, które słyszą historię Mirrora… A ja widzę największy problem, który nie leży w psie… a we mnie samej.

Muszę stać się dobrym i stabilnym przewodnikiem.

To wcale nie jest proste zadanie, bo nawet mając dobrego psa na starcie, trzeba włożyć w niego dużo dużo pracy.

I chciałam powiedzieć wszystkim, którzy to czytają, że posiadanie dobrego psa i posiadanie problematycznego psa – to tak samo duże wyzwanie i obowiązek. Bo ograniczenia leżą tylko w nas samych , a każdy problem jest tak samo ważny :)

Aleksandra & Baltazar

HNCK5211

fot. picjumbo.com

Jedna z najbardziej spontanicznych decyzji w moim życiu, a jakże odmieniła mnie i co najważniejsze odmieniła życie moich kudłatych 8kg – Baltazara <3

Od zawsze pragnęłam psa, lecz mieszkając z rodzicami oni mieli ostatnie zdanie w tej kwestii  Lecz nadszedł czas wyprowadzki, samodzielnego mieszkania i czas moich urodzin. Totalnym zbiegiem okoliczności znalazłam się w Punkcie Adopcyjnym, nie z zamiarem adopcji psa, lecz po prostu, żeby zobaczyć jak to wygląda… Zaczęliśmy zapoznawać się z psami znajdującymi się w kojcach. I wtedy na mojej drodze stanął ON, mała kudłata chudzinka (wtedy tylko 6 kg) w czerwonym sweterku (w końcu był koniec września). Stanęłam jak wryta, łzy napłynęły do oczu, kiedy patrzył na mnie swoją smutną mordką  i wtedy wiedziałam, że jest mi przeznaczony <3 Formalności załatwiliśmy w przyśpieszonym trybie i tak oto 4 dni później 27.09.2014r. Baltazar zamieszkał z nami :D

Mały, wychudzony kundelek, w typie York’a, z prawie łysym grzbietem po zapaleniu skóry… Lecz to co widziałam w jego małych ciemnych oczkach dawało mi siłę do walki! Rozczuliłam się, gdy po przywiezieniu go do domu obszedł kąty i zaraz zwinął się w kłębuszek na legowisku przygotowanym dla niego…

I zaczęło się… Brak apetytu, przypadkowe załatwianie się w domu, ciąganie, a wręcz próby ucieczki na spacerach… początki ciężkie  myślałam, że nie dam rady… i wtedy Baltazar podchodził kładł małą główkę na mojej stopie i tym małym gestem zapalał iskierkę nadziei, że nam się uda! I walczyliśmy!

Pierwszy spokojny spacer :D pierwsze „siad!” :D pierwsza „łapa!” :D takie małe, drobne rzeczy, a podnosiły na duchu i dawały nadzieję na sukces. I wtedy znów… skomlenie, gdy zostawał sam… Jedzenie wszystkiego co napotkał na spacerze… Pomimo, że w domu zaczął jeść jak szalony :P Ale jego radość podczas powrotów – bezcenna! :D a widok moich kapci w jego posłaniu wręcz rozczulał, bo wiedziałam, że tęskni i przy moim bucie czuje się bezpieczniej. W tych drobnych gestach było światełko w tunelu  Więc czytałam dużo co powinnam robić? dopytywałam naszego opiekuna adopcji jak pracować z Baltazarem? i pracowaliśmy dalej.

Teraz co prawda musiałam wrócić do rodziców… Na szczęście mój merdający ogonek rozkochał ich w sobie i nie protestowali na mieszkanie z psem :D uff! Co za ulga! :D Ale teraz wiem, że ciężka praca opłaciła się! :D Cała rodzina kocha Baltazara! <3 Jest szczęśliwym pieskiem  na spacerach chodzi wzorowo, w parku wręcz hasa bez smyczy! :D zaliczył weekend nad jeziorem i pływał jak szalony! Czasem kiedy spotykamy u weterynarza Panie z Punktu Adopcyjnego mówią „To nasz Baltazar? Gdyby nie imię w życiu bym go nie poznała!” i to prawda! Jakby nie patrzeć przytył przez ten czas 2kg, sierść odrosła i jest lśniąca :D do tego to wulkan radości na 4 łapach :D

Co prawda pracujemy jeszcze nad wyjadaniem resztek na spacerach i strachem przed burzą :/ panika totalna  ale wiem, że małymi krokami damy sobie radę! Jeżeli udało nam się pokonać lęk przed jazdą samochodem, która kończyła się skamleniem biedaka… Gdzie teraz sam chętnie wskakuje do auta i grzecznie siedzi podczas jazdy, wystawiając nos przez okno :P Uwielbia też autobusy i nie panikuje w pociągu! :D Razem wiem, że uda nam się pokonać wszystkie przeszkody!

Bo jesteśmy dla siebie stworzeni! I jesteśmy zwycięzcami! Ja i On <3 Nasze 6 łap!

Krzysiek & Ben

HNCK1598

fot. picjumbo.com

Pies w domu był od zawsze. Tzn.  od prawie zawsze. A raczej od czasu, gdy byłem w stanie świadomie psa posiadać. Miałem chyba 11 lat, gdy upragniony jamnik (miał być szorstkowłosy; w koszyku był włos długi) przybył do domu. Żył  17 lat. Jego odejście zeszło się w czasie z moim wyfrunięciem z domu rodzinnego. Bez psa wytrzymałem smutne pół roku. Wiedziałem wtedy o istnieniu psich schronisk i myśląc na ten temat  (w tym czasie były to myśli, do których przyznawałem się wyłącznie przed sobą), to źródło a nie inne wydawało się naturalnym wyborem. Jednak na tamten moment moja wiedza o tego rodzaju miejscach podpowiadała , że „schronisko to takie miejsce, w którym znajdują się bezpańskie psy”. Nic więcej. Pewnego dnia – nie wiem nawet kiedy i gdzie – usłyszałem, że można pojechać do schroniska, wziąć psa na spacer, a później go odprowadzić. Chcesz? Masz. Tak po prostu. Był weekend. Do Bogusi powiedziałem:– chodź, podjedziemy samochodem… i pójdziemy na spacer po lesie. Zgodziła się.- ale nie będziemy sami – dodałem. Weźmiemy kogoś, kto będzie nam towarzyszył. Gdy Bogusia zobaczyła Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Józefowie oświadczyła, że tam nie wejdzie. Kto widział schronisko, zrozumie. W środku spotkałem wolontariuszkę. – cześć, jestem ja i narzeczona przed bramą. Chcielibyśmy wziąć psa na spacer. A właściwie – widząc ogrom potrzeb – dwa; dla Bogusi jakiegoś mniejszego; dla mnie może być większy, ale daj, którego uważasz… który bardziej potrzebuje. Dała.- Jakiś dowód może zostawię? Nie chcecie mojego telefonu? Wiecie gdzie z nim idę? – pytałem z niedowierzaniem, gdy już mieliśmy się oddalać z Bogusią na 12 kończynach.- Nie trzeba.- …uhm. Tak poznałem Bena.

– $ –

Mam psa dla Ciebie – usłyszałem od Gośki – ale dam Ci go przed bramą: siedzi u mnie w samochodzie. Wróciliśmy od weta. – co mu było?- rozcięta łapa. Długo się babrała. Chcieli amputować, ale się udało. Otworzyła auto, a z niego wyszedł czarny pies średniej wielkości (wyglądający trochę jak wilczur, trochę jak rottweiler) z tępym spojrzeniem. Kucnąłem, chciałem się przywitać, dać się obwąchać… Nic… Pstryknięcie palcami koło ucha. Nic.- Gośka, on jest na głupim Jasiu, prawda? – zapytałem kojarząc, co mówiła przed chwilą.- Nie… On taki jest. W ten sposób poznałem najbardziej biernego, najbardziej obojętnego, zrezygnowanego i wycofanego psa, jakiego w życiu widziałem. Zero inicjatywy. Człowiek? Powietrze. Delikatny ruch smyczą w lewo? Powolny ruch psa w lewo. Zatrzymanie? Zatrzymanie.- Hej, chłopaku! Jesteś za bramą! Patrz: las! Możesz iść, wąchać, sikać… Zobacz! …Oddychaj! Tępe spojrzenie. Tak minął spacer…A zacząła się więź.

– $ –

Już w tamtym momencie wiedziałem, że nie był to ostatni raz, gdy widziałem Bena. Moment zbiegł się z moją utratą pracy. Czas był – zacząłem do niego jeździć. Raz w tygodniu, zawsze w piątek o 12.00 – tak, by wyrobić w nim poczucie stałości – byłem przy jego boksie, najpierw dawałem mleko, później zabierałem na spacer, po spacerze chwila wspólnie w boksie. Reakcji, wskazującej, że w jakikolwiek sposób wiedział, że przyjdę, i że ja, to ja (nie mówię o jakiejś radości! Mówię raczej o podniesieniu uszu i spojrzeniu, w którym po raz pierwszy zobaczyłem prawdziwą reakcję na otoczenie), doczekałem się za piątą wizytą. Okres moich cotygodniowych odwiedzin u Bena był również okresem po pierwsze mojego poznawania czym schronisko jest (i jak jest podobne do więzienia dla ludzi, o czym wiedziałem – spokojnie, nie, nie siedziałem – ze studiów), po drugie powolnego urabiania domowników (w liczbie 3 osób, w tym: Bogusia, jej brat i dziewczyna brata). Powoli… ale do brzegu.

Do samochodu wskoczył chętnie. Miał wtedy już do mnie dużo zaufania. Podczas jazdy ciągle do niego mówiłem. Chciałem by słyszał mój spokojny głos. Jak się później okazało, dom Ben miał w pełni zobaczyć ok. pół roku później. O tym jednak, wtedy jeszcze nie wiedział żaden z nas.

– $ –

„Trauma schronowa”, „trauma schronowa” słyszałem od wolontariuszy jak mantrę. – Okej! – myślę. Na pewno będzie to ogromny stres. Pies sześć lat, z tego dwa w schronisku. Nic nie szkodzi. Będzie musiał się bać, a ja nie będę w stanie tego lęku mu ulżyć? Dobrze, spokojnie, cokolwiek, dajcie już spokój – będzie mu wolno się bać. Trauma schronowa spowodowała dwa ugryzienia człowieka, mnóstwo nerwów, psi wzrok, który – pomimo, że był w domu – widział tylko demony przeszłości, behawiorystkę, i szkolenie, które wspominam wspaniale. Pół roku później pies był rozluźniony zarówno w domu jak i na spacerze, w jego wzroku (choć do dzisiaj od napotkanych na spacerze nowych osób słyszę „Jaaaki piękny! Ale jakie ma smutne spojrzenie…?!”) zagościła spontaniczność, ja zaś mogłem spokojniej nabierać powietrza powtarzając mu jak co wieczór „mój pies, twój człowiek”.

Ben był w domu. Zwyciężyliśmy!

 Lucyna & Diabeł

Diabeł

Mogłabym zacząć następująco:

…dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami… Lecz wcale nie dawno i wcale nie na odludziu, a rok temu i w mieście Łodzi. Po długim namyśle, wraz z chłopakiem zdecydowałam się, że na swoje 24 urodziny przyjmę od niego prezent w postaci sznaucera miniatury. Poprzedziłam to długim przygotowaniem, głównie z literatury i tak oto w listopadzie odpowiedzieliśmy na ogłoszenie. Pojechaliśmy (na wszelki wypadek nie biorąc gotówki) TYLKO zobaczyć szczeniaka.

Tego samego wieczoru spał przykryty koszulką mojego chłopaka, ze swoją przytulanką z poprzedniego domu, tuż obok naszego łóżka. Pieron był czarny jak węgiel, więc dostał na imię Diabeł i nic w jego wczesnym szczenięcym życiu, a naszym studenckim, nie zwiastowało problemów.

W dużym skrócie: już w pierwszym miesiącu naszej opieki nad nim, mimo starań został: pogryziony przez pato-psa w mglisty sylwestrowy wieczór, by jeszcze tej samej nocy dokonać rabunku karmy. Myślałam wtedy, że zdechnie – jeśli nie z poniesionych obrażeń, to z przejedzenia.

Nie zdechł. Następnie z uporem przysłowiowej kozy ignorował zachęty do nauki czystości na przygotowanych dla niego podkładach, kradł różnego rodzaju smakowitości z kosza na śmieci, kłócił się z innymi psami, uwielbiał podróżować autem, tylko po to, aby po 200 km, tuż przed celem podróży zwymiotować na tylnym siedzeniu. Nic nadzwyczajnego, ale po zjedzeniu psim nosem śladowej ilości pieczarek dostawał krwawej biegunki.

Niecały rok temu wydawało mi się, że mój pies nie będzie chorował, że długo nie poznam, jak pierze się tapicerki i dywany z psich wymiocin, że książkowo szybko nauczy się czystości oraz będzie wzorcem sznaucerowego dostojeństwa i dobrego wychowania. Powiem krótko: – otóż, nie. Diabeł taki nie był i być może był 100% odzwierciedleniem mojego wychowania. Niedługo mam 25 urodziny i choć nigdy wcześniej nie miałam żadnych(!) zwierząt, znowu przygarnęłabym szczeniaka.

Sytuacja trochę się zmieniła- mieszkamy w domu z ogrodem, a Diabeł tylko i wyłącznie upływem czasu, opanował wszystkie sztuczki dotyczące załatwiania się poza domem. Dla własnej przyjemności zabawia się w psiego stróża i jakieś 40 razy dziennie ratuje nam życie powiadamiając o rowerzystach i pieszych zbliżających się do jego terenu. Dobrze dogaduje się również z moją siostrzenicą (łatwo okraść dwulatka z kurczaka). Prawdopodobnie jest spokrewniony z gepardem- normalne psy nie biegają tyle i w takim stylu. Budzi nas codziennie rano dokładnie 2 do 5 minut przed budzikiem i nigdy nie odpuszcza. Wyłudza jedzenie nawet od ludzi z pozornie silną psychiką. Zawstydza też psich znawców- barf? Mogłabym przysiąc, że mój pies zjada 4 kg śliwek spod drzewa z jednego podejścia, wypluwając przy tym pestki. Jedno jest pewne -najlepsze efekty w jego wychowaniu daje brak oczekiwań co do postępów.

Nigdy jednak nie chciałam cofnąć swojej decyzji i wiem, że pewnie do końca życia psa, będę co roku mogła robić tego rodzaju ironiczne podsumowanie. A tymczasem obiecujemy sobie, że jak tylko oduczymy Diabła złych nawyków, to przygarniemy mu koleżankę…O.

Karolina & Zula

11800626_420413194812568_6080354563809307469_n

Hej, jestem Manna, a właściwie to Zula. Przez całe życie mieszkałam w boksie, czekając aż ktoś mnie zabierze na swoją kanapę. Minęły moje najlepsze lata, czułam się bardzo stara. Nie znałam innego smaku, niż różne rodzaje makaronu. Nie wiedziałam co to smycz, obroża czy szelki. Ale nastał TEN dzień. Przyjechały po mnie dziewczyny, wzięły mnie na spacer, i wpakowały mnie do blaszanego potwora.  Nocowałam w takim jednym domu. Były tam inne psy, głaskali mnie i dali mi coś fajnego do jedzenia. A z rana znów władowali mnie do blaszanego potwora.  Ale czułam, że od teraz zmieni się moje życie, więc starałam się być grzeczna.  Jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy.  I jechaliśmy. Dojechaliśmy. Dojechaliśmy do pewnego miejsca, było strasznie gorąco. Bałam się. Wysiusiałam się na trawnik, podreptałam za opiekunami.

I znów się bałam, otworzyły się takie wieelkiee drzwi, za nimi było ciemno. Bałam się wejść, byłam przerażona. Ale po chwili się przełamałam, i weszłam. I w kolejne drzwi. Ale dalej było coś, co spowodowało, że się posikałam ze strachu. Duży nazywał to schodami.

Nie chciałam wejść, więc wziął mnie na ręce. Ale to i tak mi nie przeszkodziło w oddaniu moczu. Po chwili spotkałam się z trzema sukami, jak ja. Poznałam je, tak bardzo chciałam się z nimi zaprzyjaźnić. Napiłam się wody, a potem zanieśli mnie do czegoś głębokiego, i zrobiło mi się mokro ale i chłodno. I tak mnie szorowała Duża, kąpała się ze mną. Byłam szczęśliwa, najszczęśliwszym psem na świecie. Ale i tak się bałam wielu rzeczy. Lecz wierzyłam, że Duża pomoże mi je pokonać. Dostałam własną miskę, smycz, obrożę i szelki.

Moim pierwszym lękiem jest sprzęt. Boję się jak mnie zapinają na smycz i zdarza mi się zsikać ze strachu. Boję się zakładania obroży przez głowę. Ale najbardziej walczą ze mną, by szelki mi założyć. Jak je widzę, to uciekam w panice. Tak samo na widok smyczy. Myślicie że uda mi się pokonać ten strach?

Schodów się już nie boję, ochoczo na nie wchodzę! I przez drzwi w ciemnościach też! Ludzie są ze mnie zadowoleni J Mówią że jestem starsza, ale kochana. Bo mówią, że mam między 8 a 10 lat. I że znajdą mi taki domek, gdzie będę szczęśliwa. Gdzie spędzę spokojną starość. Codziennie szepczą mi do ucha, że znajdą taki super dom jak Messiemu czy Argosowi.

IMG_1577

A póki co walczą dalej. Bardzo mnie denerwują ludzie na dwóch płaskich kołach, ci którzy biegną z wiatrem koło mojej Dużej. I bardzo pilnuję Dużą, by nikt jej krzywdy na spacerze nie zrobił. Przecież muszę się jakoś odwdzięczyć, że mnie zabrali z piekła. Przyjaźnię się z każdym kotem, którego mają w domu. A na dworze gonię bo gonię, no ale jak się obiekt zatrzyma to nie wiem co mam zrobić. Duża mówi, że dobrze robię, że nie robię krzywdy, ale widziałam, że koleżanki gonią by dogonić i zjeść. Nie przepadam za kąpielą w rzece, ale mówią, że jeszcze będą próbować. Każdego spotkanego na spacerze psa traktuję jak przyjaciela, chyba że ma złe zamiary, to bronię siebie i Dużą, lub Dużego. Niestraszne mi małe, spokojne dzieci. Lubię długie spokojne spacery na pola, bylebym miała coś do picia i koło siebie człowieka. Z nim pójdę nawet na koniec świata.

Bardzo sobie cenię bliskość z człowiekiem, w końcu nie miałam tego przez jakieś 10 lat!

Weźmiesz mnie do swojego serca? Dasz mi spokojną starość? Zawładnęłam Twoim sercem jak sercami swoich dotychczasowych opiekunów? Zadzwoń!

608-596-879

Previous Post Next Post

You Might Also Like

  • Wiktoria Bobowicz

    Wow! Nie mogę uwierzyć, że to, co przeżyliśmy, może mieć jakieś pozytywne strony :D Już nie mogę się doczekać, aż przeczytam! <3

  • Niesamowite historie :)