psiara
Z życia psiarki

Nikt nie rodzi się psiarą

„Co ten pies ze mną zrobił?” – taki tytuł powinnam nadać mojej pracy magisterskiej, której temat krąży wokół głębokich relacji między człowiekiem, a jego psem. Sama widzę jak wiele się zmieniło w moim życiu odkąd pojawiła się w nim ruda morda, dlatego chcę się dowiedzieć jak życie z psem wygląda u innych Warszawiaków. Jedna z koleżanek przypominała sobie ostatnio czasy kiedy mieszkała z kotami. „Byłam wtedy trochę inną osobą! Byłam osobą z dwoma z kotami, one były częścią mnie”. Podobne stwierdzenia padają z ust badanych przeze mnie psiarzy.

Pojawienie się psa w życiu człowieka może zmienić wiele, a pierwszy pies zmienia o wiele więcej niż ktokolwiek mógłby na początku przewidzieć. Według mnie stawanie się psiarzem/psiarką to najprawdziwszy proces tożsamościowy, kurde. Dla mnie samej Bonzo to nie tylko dodatkowa gęba do karmienia, ale również konkretna część tożsamości i styl życia.

Co to za jedni ci psiarze?

W moim rozumieniu psiarze to tacy opiekunowie psa, którzy widzą w nim członka rodziny, kumpla, podmiot, a między nimi, a psem zachodzi głęboka relacja. Ja mówię o Bonziku „Mój Brat Bliźniak”. Nie ukrywajmy: ostatnie 4 lata mego życia są oplecione wokół narracji właścicielki psa. Wszelkie wyjazdy na studiach, podejmowanie pracy, budowanie relacji damsko-męskich, wyjścia ze znajomymi w pewien sposób łączą się z moim psem. Bonza trzeba wyspacerować, zapewnić rozrywkę, kupić jedzenie na co dzień i na wyjazd, zaplanować spacery, zaangażować postronne osoby do opieki podczas nieobecności. Poza tym nie dopuszczam w ogóle takiej sytuacji, żeby związać się z kimś, kto nie polubi mojego psa. Ooo, niedoczekanie!

Jak tak podliczyć czas poświęcany psu i ten spędzony na planowaniu zaspokajania jego potrzeb to człowiek się za głowę łapie. Ktoś mógłby powiedzieć, że zwariowałam! Ale wiecie co? Bardzo mi z tym dobrze.

10518258_1425158687767562_2067873217_n

Złe miłego początki

Bonzo przyszedł do mnie pod koniec 2010 roku kiedy ledwo skończyłam 22 lata, mieszkałam z facetem, stać nas było (a właściwie jego, bo ja studiowałam i pracowałam dorywczo :P) na zwierza. Obowiązki względem Bonza i opiekę rozkładaliśmy mniej więcej po równo. Jak jedna osoba nie mogła, to druga brała spacer na siebie. Ale cóż, wszystko płynie, panta rei itd., także nadszedł któregoś dnia kres naszej znajomości, a ja wyprowadzając się do domu rodzinnego zabrałam zwierza ze sobą. Tym sposobem właściwie cała odpowiedzialność za psa i jego wybryki, zdrowie i spacery spadła na mnie.

Połączenie studiów, pracy, bloga, bogatego życia towarzysko-kulturalnego oraz zwyczajnego czasu „dla siebie” wraz z opieką nad zwierzem stanowiła nie lada wyzwanie. Przy nieunormowanym stylu życia jaki wiodłam bycie w domu co 8 godzin to była prawdziwa zagwozdka organizacyjna, która odbijała mi się czkawką na dwa sposoby. W zależności od moich wyborów owocowała:

a. poczuciem winy, kiedy przeciągały mi się zajęcia/wyjście,

albo

b. poczuciem straty, kiedy spotkanie trwało w najlepsze, a ja znowu jako pierwsza żegnałam się z towarzystwem.

Moja mama wciąż jest aktywna zawodowo, a ma już swoje lata, więc wyspacerowanie psa to za każdym razem duża przysługa z jej strony, dlatego do dziś staram się jej tym nie obarczać. Miałam taki moment, że myślałam, że tego wszystkiego nie udźwignę i przeszło mi przez myśl, że może byłoby mu lepiej u kogoś innego.

Dla kogoś takiego jak ja, kto w miarę regularnie podróżował, komu zdarzało się wyjść z domu w środku nocy i przemierzać miasto nie zawsze prostymi drogami i nie zawsze po płaskim, to był naprawdę ciężki orzech do zgryzienia. Kiedy uświadomiłam sobie, że przez najbliższe lata nie wyjadę na żadnego Erasmusa (studencka wymiana międzynarodowa, najczęściej na czas 1 semestru), nie zamieszkam w komunie, nie pojadę spontanicznie autostopem w nieznane, a właściwie cudem będzie jeśli urwę się gdziekolwiek poza działkę na którą jeździmy z mamą i psem, przeżywałam hard time. Bo przez pierwsze 2-3 lata Bonzo sprawiał dość dużo problemów wychowawczych i trzeba było mieć oczy i uszy szeroko otwarte na każdym spacerze.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Taki sobie wyrobiłam w życiu nawyk, że ilekroć staję w obliczu rzeczy, przed którymi nie da się uciec, staram się obracać je na swoją korzyść. Zdałam sobie sprawę, że tyle ile umiałam zdziałać z zachowaniem psiaka to zrobiłam, a nie podobała mi się wizja spacerowania przez następne 10 lat z oczyma dookoła głowy w obawie przed mijanymi psami (agresja smyczowa), czego nie potrafiłam skutecznie wyplenić. Zgłosiłam się na bezpłatne porady behawioralne dla psów adoptowanych, co przyniosło pewną poprawę, jednak na kurs podstawowy nie było mnie wtedy stać. W tym czasie nadarzyła się okazja – szkoła dla psów organizowała konkurs fotograficzny – wysłałam zdjęcie, wygrałam voucher zniżkowy i zapisałam się na kurs w korzystnej cenie. Dzięki naszej wspólnej pracy podczas treningów, spacerowanie zaczęło sprawiać mi dużą przyjemność. Bonzo coraz lepiej radził sobie z innymi psami, mogliśmy zacząć wychodzić do „ludzi”. Pies bawiący się z innymi ogoniastymi i moje nawiązywanie nowych znajomości – pełnia szczęścia. W pewnym momencie usłyszałam od przyjaciółki „Zosia, to jest takie niezwykłe, że masz znajomych od psów!”. Tak, sądzę, że moment w którym po 2 latach mieszkania z Bonzem zaczęłam wreszcie mieć „znajomych od psów” to była chwila przełomowa.

Co ma pływać nie utonie

Obecnie pies to dla mnie ogromny motywator do rozwoju własnego i podejmowania najróżniejszych wyznań. Niby chwilowo możliwość podróżowania mam ograniczoną do momentów, kiedy moja rodzicielka jest na urlopie, lub gdy uda mi się zorganizować znajomych do spacerowania z piesulą podczas mej nieobecności. Jednak przebywanie z psem wzbogaciło mnie o zupełnie nowe spojrzenie. Teraz nawet kiedy podróżuję bez psa do innych miast (ElblągŁódź) i za granicę, zawsze już patrzę z perspektywy psiarki. Z kolei chęć powrotu do swobodnych wyjazdów, wzbogaconych o towarzystwo ogona pchnęła mnie do zapisania się na kurs prawa jazdy. Nadal lubię spacerować po mieście, a teraz mogę to robić w towarzystwie rudego fafluna, w dodatku dzięki niemu wciąż poznaję nowe trasy spacerowe.

Dziś mogę śmiało powiedzieć, że wydoroślałam i rozwinęłam się przy swoim psie dzięki temu, że wielokrotnie miałam okazję pokonać własne lęki, podjąć kilka wyzwań i niełatwych decyzji. A przy tym nie zrezygnowałam z dotychczasowego stylu życia, co to to nie! Nie jestem typem męczennicy. Okazało się, że plany życiowe wystarczy po prostu nieco zmodyfikować, włączając psa w większą część życia. Znajomi, podróże, czas wolny, pasja, sporty – mój pies jest obecny w każdej z tych dziedzin. Nie znaczy to, że wszędzie go ze sobą ciągam, ale że stworzyłam takie warunki, w których jeśli tylko chcę – mogę go włączyć w aktywność.

I wiecie co? Poznawanie świata jest ekstra, ale poznawanie świata oczami psiego towarzysza kręci mnie jeszcze bardziej!

Pozdrawiam serdecznie,

Wasza psiara.

iluzjon

Previous Post Next Post

You Might Also Like

  • Ola

    Świetnie napisane, tym bardziej ża mam takie same odczucia co Ty. Może nie jestem jeszcze na takim etapie z psem, że mogę go zabrać wszędzie albo puścić luzem w każdym miejscu, ale skoro u Was też nie było tak od razu to jeszcze mam nadzieję :). Dla mnie chyba najlepsze w tym wszystkim jest właśnie poznawanie nowych ludzi, a psiarze to świetne osoby :).

    • Haha, ja to się śmieje że psiarze to najlepsze partie w mieście: obowiązkowi, aktywni, zaangażowani, cieszący się małymi sukcesami, pracujący nad sobą ludzie z pasją. U nas też była droga krzyżowa i milion stacji z upadkami więc nie przejmuj się zupełnie, tylko róbcie z Emetem swoje :)

  • Niestety, wśród psiarzy są też osoby nieodpowiedzialne, traktujące psy, jak zabawki, a nie jak żywe istoty. Jednak to prawda, wielu psiarzy to naprawdę fajni ludzie, a posiadanie psa bardzo zmienia życie – na lepsze!

    • No właśnie dla mnie to nie są psiarze – przynajmniej nie według mojej własnej definicji psiarzy. Przedmiotowe traktowanie psa skutecznie ich dyskwalifikuje :)

  • urlopnaetacie.pl

    Racja! Wszystko się zgadza! Nam z Luśką też żyje się zupełnie inaczej, ale w tym przypadku mogę tyko napisać, że inaczej znaczy lepiej! Poznajemy fajnych ludzi, fajnie spędzamy czas i zdecydowanie fajniej nam się wyjeżdża, chociaż każda trasę trzeba pod Luśkę dostosowywać i nigdy do końca nie da się zrealizować założonego planu (czasem lepiej pobiegać, niż zaliczyć kolejne muzeum ;) ) Nigdy nie mieliśmy chwili zwątpienia i nigdy nie żałowaliśmy decyzji o adopcji Luśki. Jesteśmy rodziną i już :)

  • Lucyna Sienkievich

    widzę, że na jednym zdjęciu i Faber się załapał :-)

  • świetnie napisane! :) a psich znajomych będzie coraz więcej :)

    100 lat Tobie!

  • Święta prawda. Zawsze miałam psa w domu rodzinnym, swojego się jeszcze nie dorobiłam. Teraz mam własnego kota, i chociaż kocham ją nad życie, to jednak nie to samo :) Cały czas czekam na ten upragniony moment, kiedy będzie mnie stać na utrzymanie psiaka. I wtedy nie będę się wahać, bo chociaż to ciężka praca, to w rezultacie – satysfakcjonująca.

  • Fauka – www.zdaniempsa.pl

    Bo psiarze mają trochę taki syndrom sztokholmski. Psy nas zniewalają, ograniczają a my prędzej czy później zaczynamy to kochać i traktować jako styl życia. Mam tak samo! Czasami sobie myślę, jak łatwo byłoby sobie wyjechać gdzieś gdyby nie było psa, po chwili dociera do mnie że nie dość, że byłoby za łatwo to jeszcze cholernie nudno. Bo po co jechać gdzieś bez psa? Bez psa to bez sensu. Z drugiej strony pies często jest sam w sobie powodem do wyjazdu – na seminaria, treningi, zawody, spotkania towarzyskie. W tym roku wyjeżdżam na wakacje z psiarzami poznanymi przez internet. Za nic świecie nie zamieniłabym swojego życia na takie bez psów.
    Ale ja chyba urodziłam się psiarą, nie miałam wyjścia. Urodziłam się i wychowywałam z psem, gdy tylko zaczęłam samodzielnie wychodzić na dwór zabierałam ze sobą psa, ze szkoły spieszyłam się po psa i biegłam do koleżanek na boisko właśnie z psem. Tak już zostało.

  • Karolina Ancerowicz

    Kurde, u nas spacery z psem/psami dzielą się póki co nawet nie na 2 a 4 osoby, więc zazwyczaj ja mogę spokojnie imprezować do białego rana albo, tak jak właśnie robię, wyskoczyć sobie na parę tygodni za granicę. inna bajka. nie mniej ja tez nie wyobrazam sobie juz zycia bez psów. psów, 2, jeden to jakoś tak mało :)

  • Anna Lenkow

    Dla mnie to co piszesz jest bardzo na czasie, bo w zeszłym tygodniu minęły dwa lata od kiedy Rio jest z nami i też naszło mnie na refleksje. Poza tym zaciekawiłaś mnie pracą magisterską, bo sama zamierzam popełnić coś związanego z komunikacją międzygatunkową. Na jakim kierunku się bronisz?

  • Ja mógłbym napisać, że urodziłem się psiarzem, bo w domu zawsze psy były. Jednak naprawdę moje życie zmieniło się gdy w moim własnym domu pojawiły się Potwory. Nie wyobrażam sobie życia bez psów, choć życie z nimi też czasami przerasta wyobraźnię :) Nie dostosowujemy swojego życia tylko do nich, bo jest wiele innych zmiennych, które musimy wziąć pod uwagę, ale w każdej takiej układance muszą znaleźć się na właściwym sobie (czytaj poczesnym) miejscu. Dzięki nim poznaliśmy wspaniałych ludzi, z których wielu zostało naszymi najbliższymi przyjaciółmi. Pozdrawiam

  • Gość

    A jakie problemy wychowawcze sprawiał Twój pies?