spacerzniespodzianka
Z życia psiarki

Spacer z niespodzianką, sierpień 2012

Doświadczyłam dzisiaj najdłuższej godziny mojego życia.

Wybraliśmy się na spacer, jak to się tu na wsi mówi – „na drugą stronę szosy”. Pola ciągną się tu przez kilometry, poprzetykane drzewiastymi wysepkami i zagajnikami. Naszą nową trasą szliśmy po raz pierwszy wczoraj. Starannie wybierałam takie drogi, żeby mieć widok aż po horyzont na wypadek dzikiego zwierza lub zbłąkanego człowieka. 
 
Kiedy jesteśmy na wsi, każdy idący w pojedynkę człowiek wydaje się mojemu psu nie lada zagrożeniem godnym postawienia irokeza i obszczekania. Jeśli jest bez smyczy to leci do niego i obszczekuje ze wszystkich stron, co nie jest miłe ani dla obcego człowieka, ani dla mnie. Dlatego unikam na wszelki wypadek rolników, grzybiarzy, wędrowców i innych w momencie kiedy nie mam nad nim pełnej kontroli i nie możemy ćwiczyć dobrych skojarzeń. 
 
Na szczęście jestem sporo wyższa od Bonza i wzrok mam mimo wszystko lepszy to i szybciej wypatrzę zagrożenie. Co jakiś czas przywołuję go do siebie i nagradzam, rzucam piłkę, gonię się z nim, generalnie okazuje swoje przywiązanie do jego osoby, żeby nie miał czasu pomyśleć nawet o innych atrakcjach.
Wracaliśmy już do domu, Bonzo wąchał w najlepsze wszystkie krzaczki porastające dróżkę, ja tymczasem wytężałam mój sokoli wzrok powoli spacerując. Ni z tego ni z owego w odległości 5 metrów z żyta wyjrzała sarna. Oczywiście zgodnie z planem zobaczyłam ją pierwsza, ale co z tego skoro zaraz zaczęła uciekać robiąc przy tym wielki hałas, co nie umknęło uwagi psa. Początkowo jakby nie dowierzał (może to był ten moment w którym jeszcze docierały do niego moje pokrzykiwania), ale zaraz ku mej rozpaczy rzucił się w pogoń i smyr! w zagajnik i tyle go widziałam. Miałam nadzieję, że a) nic jej nie zrobi b) nikt go nie odstrzeli c) wróci.
Bonzo przed sarną
Dawno temu przeczytałam, że pies zawsze wraca w miejsce w którym ostatnio widział opiekuna, a gubi się dopiero kiedy nie ma go w tym miejscu. W związku z tym obeszłam zagajnik nawołując – od jednej strony, potem od drugiej i nawoływałam.

Przez następne długie minuty krzyczałam ile sił „Bonzo!” i ściskałam piszczącą piłeczkę. Wymyśliłam, że wdrapię się na stojącą nieopodal ambonę, bo stamtąd mój głos będzie donioślejszy ale na samej górze zorientowałam się że szerszenie mają swoje gniazdo pod daszkiem, więc w te pędy schodziłam. Od kiedy Bonzo zniknął mi z oczu minęło już 40 minut. W kępce drzewek ktoś dawno temu postawił kanapę, która teraz cała porosła mchem. Zdecydowałam usiąść jednak na polnym kamieniu. Opadłam trochę z sił – trochę od krzyków, a trochę od stresu. W głowie stanęły mi obrazy z wielodniowych poszukiwań psa, nici z wyjazdu laboratoryjnego na który mialam jechać i wielogodzinne przeczesywanie lasu. Zmieniłam taktykę i nawoływałam rzadziej ale za to bardzo głośno przystawiając ręce do ust. Krzaki zaczęły się poruszać i ku memu zdumieniu oczom moim ukazał się Bonzo – totalnie zziajany, z przekrzywionym uchem (chyba coś mu tam wpadło), mokrym podwoziem, ale cały i zdrowy. Obejrzałam go całego – żadnych śladów krwi. Mam tylko nadzieję że sarna nie wyzionęła ducha od wysiłku włożonego w ucieczkę.

Bonzo po sarnie
Niespiesznie podszedł do mnie i zajął się obsikiwaniem krzaczków. Uf, znów nam się udało, ale co się najadłam stresu to moje. Poza tym na blogu Pies w Lesie widziałam jakie skutki ma wprowadzanie psa do lasu bez uwięzi więc mam teraz nieczyste sumienie :P. Na razie wrócę do jazdy na rowerze z biker setem.
 Wpis ukazał się po raz pierwszy w 2012 roku pod poprzednim adresem bloga.
Previous Post Next Post

You Might Also Like

  • Jej, zeszłabym chyba na zawał. Mi Lary raz na spotkaniu labradorowym pognał w las z innymi, wszystkie wróiły oprócz mojego. Wszyscy zaczeli go wołać ale na szczęście się wyłonił.

  • ja to przed sarnami uciekam .. :P

    ps. dobrze, że Bonziak wrócił, nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak musiałaś się bać o niego

  • Anonymous

    Dobrze, że wrócił. Domyślam się strachu i współczuję. Ja też miałam podobną sytuację. Nic nikomu się nie stało, jednak od tego czasu sucz ma chadza na (czasem jak połączę) kilkunasto-kilkudziesieciometrowej lince.

  • Też miałem podobną sytuację i nie życzę jej nikomu …